Zanim jednak dojechaliśmy pociągiem do Krakowa, zanim wyładowaliśmy nasze rowery na zawilgotniały peron musieliśmy przeżyć Dzień Przed.
Dzień Przed - wszyscy znają to uczucie. Tysiące spraw do załatwienia, wydaje ci się, że zdążysz ale czas, nabiera dziwnych właściwości. W Dniu Przed czas przyśpiesza, poruszając się z prędkością nadświetlną jak statek Enterprise. Innymi słowy można powiedzieć, że Dzień Przed zastał nas z w połowie opuszczonymi spodniami, na torach, w chwili gdy z na przeciwka pędzi ekspres. Totalny brak szans na spokojne wycofanie się na z góry upatrzone pozycje. Trzeba spierdalać. Warto też zauważyć, że w takiej sytuacji spada organizacja logistyki.
U nas było analogicznie, musieliśmy spakować się w sakwy, zamontować bagażniki, sprawdzić czy wszystko mamy. Obudzić się dnia następnego o 5 rano i wyruszyć. Zanim jednak udaliśmy się na zasłużony wypoczynek znaleźliśmy się z Damianem w ogniu walki. Albowiem musieliśmy przykręcić bagażniki, do rowerów. Rowery były dwa a imbusa pasującego do śrub naliczyliśmy u nas (Agnieszka i Marcin) w mieszkaniu zero sztuk. Nie pozostało nam nic innego, jak tylko załadować rowery na dach i udać się do Damianowego lokum przy ulicy Smolnej. Dla tych trochę mniej obeznanych z Warszawą, ulica Smolna znajduje się w odległości stu kilkudziesięciu kroków od Palmy. Ścisłe centrum było nie było.
Wyświetl większą mapę
Dojeżdżamy na miejsce, zdejmujemy rowery. Damian organizuje imbusy. Jednak jak na złość okazuje się, że na klatce (Damianowe lokum jest wielkości pudełka na zapałki), gdzie mieliśmy dokonać precyzyjnej operacji montażu bagażników, brakuje żarówki. W związku z faktem, że człekokształtni dawno temu odłączyli się od kotów, oraz w wyniku tego (co przyznajemy z nieukrywanym żalem), że żaden z nas nie jest Wiedźminem musieliśmy poszukać źródła światła. Przywiodło to nas do przykręcania bagażników przed kamienicą, w świetle latarni. Godzina była wybitnie imprezowa, wokół nas przetaczały się co chwila grupki zadowolonych z życia gimnazjalisto-licealistów. Gatunek ładnie ubrany, szczupły, zupełnie nieagresywny. Jednak na naszej drodze do wyprawy stanęła pierwsza góra. O ile góra może stawać. W tym wypadku przydreptała zamroczona prytą pośledniej jakości i zaczęła się dobierać do naszych rowerów. Dodatkiem do 120 kilogramowej wytatuowanej, pijanej góry tłuszczu, było dwóch pomocników. Zatem ich trzech. Nas dwóch, w tym Damian, który, przypominam, mieszka w czymś nie większym od pudełka na zapałki. Dołóżmy do tego dwa rowery z rozgrzebanymi bagażnikami, narzędzia. Taktycznie byliśmy w dupie. Nie mogliśmy uciekać, nie tracąc bagażników (wymaganych do wyprawy).
Wniosek był jeden, opóźniać starcie. Przeczekać jego zainteresowanie, albowiem wiadomo jest, że zwierzęta tracą z czasem chęć i ochotę do zabawy. Zatem ja grałem w grę pt. "Jak nie uderzyć pijanego gościa, który cię prowokuje", natomiast Damian przykręcał bagażniki (co okaże się ważne dla naszej historii).Sytuacja była supersurrealistyczna. Centrum miasta. Ba, stolicy centrum ! Ludzie przechodzą, ludzie parkują auta, ochroniarz z pobliskiego szpitala przygląda się sytuacji i nikt nie chce pomóc. Mało tego, nikt nie wzywa policji czy straży miejskiej. Wytrzymałem, chodź adrenalina prawie pozbawiła mnie twardości nóg. Przyjemniaczek na wpół odciągnięty przez kolegów, na wpół zmartwiony, że jego elokwentne "przypierdol mi, prrroooszę... cię" nie odniosło skutku. W momencie gdy nas zostawił stwierdził, że sterroryzuję grupę kilkunastu osób, które właśnie wychodziły z liceum. I mu się udało. My z Damianem nie zgrywaliśmy bohaterów, zakończyliśmy przykręcenie i udaliśmy się do domów. Zostało nam jedynie spakować się. Agnieszka, jako prymus oraz osoba, która nie musiała stawiać czoła krwiożerczym grubasom, była praktycznie spakowana. Zatem wydaje się, że wystarczy powiedzieć... i następnego dnia udaliśmy się na pociąg. Ojjjj nie. Ekscytacja była tak duża, że spać poszedłem o 2 w nocy, ustalając ostatnie szczegóły ofensywy z Damianem na GG. Wstać, przypominam, mieliśmy przed 5 rano. Więc snu nie było zbyt dużo. Ot zmrużenie oka.
Pierwsze śliwki robaczywki. Później, z małymi wyjątkami miało być już tylko lepiej. Tak trzeba podsumować incydent na Smolnej. Pierwszy wyjątek zdarzył się o godzinie 5.30. Byliśmy na dole, po śniadaniu. Rowery wyciągnięte, sakwy zniesione. Bagażnik nieskręcony ! Zostało nam ok. 45 minut, z dojazdem rowerem do centrum, a śrubki wewnątrz bagażnika (sic!) okazały się nieskręcone. Nigdy w życiu nie miałem takiej czystości umysłu. Na szczęście miałem narzędzia (akurat to ja miałem je wieźć przez całą podroż, w prawej sakwie). I po 10 minutach mocowania ze śrubami... udało się. Każdemu, kto teraz z politowaniem kiwa głową, z chęcią pokażę, które śruby miałem dokręcać :-). I podpowiem, że nie były to te na zewnątrz.
Kolejny problem rozwiązany, wsiadamy na rowery. Okazuje się, że jest jakoś tak ciężej ale da się jechać. To chyba ekscytacja. Jadąc centralnie ulicami, przelatujemy górkę na Książęcej i 5 minut przed odjazdem spotykamy Damiana na peronie. Ufffffff. A to dopiero początek dnia. Humory dopisują, rozpoczynają się żarty i żarciki, które nie opuszczały nas przez następne 14 dni. Nie chcę pisać, że było idyllicznie. Bynajmniej nie, ale pokłóciliśmy się (tak lekko w sumie) może z 3 razy na 10 minut. Jak na 2 tygodnie we wspólnym sosie, to wynik uważam za rewelacyjny.
Podróż pociągiem można podsumować krótko. Specjalne miejsca na rowery, śniadanie w WARSie. Ekscytacja i niepewność lekka, taka jakaś niespecjalna. 3 godziny minęły zanim zdążyliśmy powiedzieć słowo "dętka" :-). I dotarliśmy do Krakowa. Jak nas przyjął to wiecie. Później było gorzej. Największy deszcz, w przeciągu całej wyprawy złapał nas na 5 kilometrze, na Błoniach. To była moja pierwsza wizyta na tej miejskiej łące i nie zapamiętam jej z radością. Trochę się nam odechciało. Po odpoczynku, pod wiatą niemarkowej stacji benzynowej, wyjechaliśmy z Krakowa i rozpoczęliśmy pedałowanie w kierunku zamku Tęczyn. Co pewien czas meldując się u Cioci Oli, gdzie mieliśmy zapewniony nocleg. Ciocia Ola mieszka na Straconce (Bielsko Biała) a dystans 130 km wydawał się nam do pokonania... :-|.
Po drodze mieliśmy kilka ciekawych przypadków. Trasa była leśna, momentami ładna, generalnie jechaliśmy nieuczęszczanymi drogami. Po 20 kilometrach Agnieszka zaczęła odstawać. To było dość dziwne bo nie jechaliśmy zabójczym tempem. Okazało się, że Aga w swoim plecaku ma naładowane kilka (albo więcej) kilo prowiantu, podczas gdy ja z Damianem mieliśmy luz. Po przepakowaniu części jedzenia oraz wchłonięciu kilku kanapek szybkości się wyrównały :-).
Zamku Tęczyn nie udało się nam zobaczyć, bo wiedzieliśmy że będzie krucho z czasem. Generalny wniosek dla chcących zwiedzać na rowerze. Albo wybierzcie krótką trasę (tak z 50 km) albo liczcie się z tym, że głównie będziecie jechać. I zwiedzać "z siodełka". Widoki muszą wystarczyć.
Następny malutki postój zaliczyliśmy w Alwerni. Po wspaniałym zjeździe, krętym asfaltem pomęczyliśmy się przez chwilę i już siedzieliśmy na ryku / w parku. Wyjęliśmy termos i kanapki. Nadszedł czas na podsumowanie. Przejechaliśmy około 45 kilometrów. Damian stwierdził, że chyba nie pojedzie dalej bo pada mu kolano (prawe). Damian, który zwykle krzyczy TWARDOŚĆ, walczy z tirami na drodze i generalnie nie wymięka powiedział, że to może być koniec. Dla mnie było to z jednej strony nie do uwierzenia, z drugiej strony była to propozycja kusząca bo nie musiałbym się tłuc na rowerze przez kolejne kilkaset kilometrów, w deszczu. Taką przynajmniej miałem wtedy percepcję sytuacji. Ustaliliśmy we wspólnej rozmowie, że postaramy się dojechać do Bielska i zobaczymy co dalej.
Zatem bez dalszej zwłoki zaczęliśmy się przebijać w kierunku Oświęcimia. Zanim jednak tam dotarliśmy, po jakichś kilkuset metrach, na stromym zjeździe, zaraz za Alwernią Damian się wywrócił. Poważnie. To już koniec - pomyślałem. Agnieszka, jadąca jako ostatnia, była przy Krawczyku (Damianie) po chwili. Okazało się, że z rowerem wszystko ok. Damian obity ale z wyrazem "twardość" na ustach, stwierdził, że jedzie dalej. Bo co innego miał zrobić. Pełen szacunek. Ty była wywrotka numer 1.
Jak dotąd wyprawa naszego życia, to deszcz, zimno, błoto, bolące kolano, wywrotka. Super. A to dopiero był pierwszy dzień. Trzeba tutaj też przyznać, że tego jedynego dnia towarzyszyło nam uczucie braku czasu. Przez resztę jazdy nie było problemu - zatrzymywaliśmy się tam gdzie nam było wygodnie. Tutaj byliśmy umówieni a dystans przypominam to 130 km. W lekkich górkach. Teren nieznany. We wrześniu, gdzie słońce zachodzi dość wcześnie.
Do Oświęcimia nie wydarzyło się nic ciekawego. Słońce lekko przygrzewając, chowało się za horyzont. Trasa wiodła wzdłuż Wisły, gdzie było soczyście zielono. Na samym wjeździe do miasta, jest dość ciekawie. Trzeba zrobić dodatkowe 5-8 kilometrów. Widać to na załączonym obrazku. Jechaliśmy zielonym szklakiem, od północnego-wschodu.

Było około godziny osiemnastej, zachodziło słońce. Ale było pięknie. Do zdjęcia pozowała nam nawet mewa.

Dodatkowe kilometry, zmęczyły nas ale przynajmniej mogliśmy zobaczyć "tamę?" na Wiśle.

Jeżeli chodzi o sam Oświęcim, to na wjeździe wrażenie było przygnębiające. Brudno, ludzie jacyś tacy niemrawi. W głowie Historia. Może to było tylko moje wrażenie ale chciałem jak najszybciej się stamtąd wynieść. Teraz mała dygresja odnośnie czasu. Był 5 września 2009. Piękna data. Polska reprezentacja piłki nożnej, miała grać na wyjeździe ze Słowenią. Ten mecz Polacy musieli wygrać, my z Damianem musieliśmy ten mecz obejrzeć. Początek o 20.30, my w Oświęcimiu jakieś 40-60 kilometrów od celu. Liczyliśmy, że zobaczymy drugą połowę chociaż. Drugim istotnym aspektem było to, że mapa się nam skończyła (myślę, że zrobię osobny wpis o przygotowaniach i samym kupowaniu map). Mogliśmy jechać na telefonie... w kierunku Kęt i później przebijać się na Straconkę / Lipnik.
Wyświetl większą mapę
Mapa wskazywała ok 35 kilometrów, zatem trzeba było do tego dorzucić 30%, jak to zwykle na rowerach bywa. Z bolącym kolanem Damiana, bez mapy, z meczem w zanadrzu zdecydowaliśmy się, że podjedziemy do Bielska pociągiem. Jak się okazało, pociąg odjechał a następny będzie po 20 i będzie jechał do tylko Czechowic. Pociąg bezpośredni był jeszcze później. Spędziliśmy dwie godziny na komunistycznym, obskurnym dworcu w Oświęcimu, siedząc w baro-budce, pałaszując dania z mikrofali. Wersal to to nie był ale lepszy rydz niż nic. Wsiedliśmy do pociągu, gdzie byliśmy chyba jedynymi pasażerami i po krótkiej drzemce, w okolicy g. 21 znaleźliśmy się w Czechowicach-Dziedzicach. Wysiadając zauważyliśmy, że Agnieszce popsuł się hamulec - nie było warunków do naprawy... i przez 30km Aga jechała na jednym sprawnym. Było Ciemno, włożyliśmy odblaskowe kamizelki i używając Google Maps w Nokia E65 rozpoczęliśmy walkę z trasą. Nie było ścieżek, nie było szlaku, były natomiast krawężniki. W pewnym momencie musieliśmy przebijać się przez budowę nowej wielkiej jezdni, wśród martwych koparek przyglądających się nam bacznie. Prowadząc rowery w piasku wszyscy padaliśmy ze zmęczenia a mecz był jedynie odległym marzeniem. Chcieliśmy po prostu dotrzeć.
Samo Bielsko nocą było ciekawe jedynie w centrum. Później, musieliśmy lekko lawirować aby omijać rozochocone bandy pijanych młodych ludzi, będących wspomnieniem Przyjemniaczka ze Smolnej.

Po 102 dwóch kilometrach, pokonując na ostatnim dość stromy podjazd - dotarliśmy. Dom cioci Oli był dla nas jak Rivendell dla Froda i jego towarzyszy. Po pierwsze zostaliśmy nakarmieni, po drugie wykąpaliśmy się. Po 102 km na rowerze, z sakwami, po stresie tego dnia i poprzedniego, spędziłem 10 minut siedząc po prostu pod prysznicem... Aby idylla była pełna, okazało się, że Damian dostał pokój z kominkiem :-). Nie było zatem innego rozwiązania - trzeba było iść spać a zepsute hamulce w agnieszkowym rowerze trzeba było zostawić na dzień następny.
Dzień 1: 102 km, 5.09.2009


1 komentarze:
Dzięki za ten post. Dzięki niemu przypomniałem sobie moją wyprawę życia, sprzed jakiś 10 lat. Z kumplami jechaliśmy rowerami z Leszna do Budapesztu przez Dolny Śląsk, Kotlinę Kłodzką, Sudety, Czechy, Wiedeń, Bratysławę. Ponad 1000 km na rowerze przez ponad 2 tygodnie, 4 kraje.
Prześlij komentarz