Moim osobistym Zeusem / Jezusem / Buddą jest Jeremy Clarkson. Właśnie skończyłem (w ramach przerwy między rozdziałami Europy Davies'a) trzecią część Świata Według Clarksona. I w tym momencie wiem, że gdyby Jeremy sobie tego życzył, zaatakował bym jakiś kraj. W pojedynkę.

Wracając do rzeczywistości, zanim senne marzenia nie przywrócą mnie do mokrej jawy, warto stwierdzić fakt, że osobisty bohater wymaga identyfikacji z jego wartościami. Cóż mogę powiedzieć - akceptuję Clarksona a niektóre momenty z jego życia pokrywają się z moimi. No prawie. On twierdzi, że ma co najmniej trzy razy w tygodniu Ebolę ... ja natomiast średnio raz na kwartał przechodzą jakąś ze śmiertelnych chorób. Ostatnio wydawało mi się że mam guza mózgu. Teraz wydaje mi się, że rozpoznaję u siebie początki cukrzycy. Jednak i tak nie przebiję Clarksona, który stwierdził, że odnajdując zgrubienie na swoim łokciu, stanie się pierwszą osobą, która umarła na raka łokcia ... Proste.
Można by go wychwalać pod niebiosa, ale wystarczy obejrzeć choć jeden odcinek Top Gear. Wystarczy przeczytać choć jeden felieton. You have to love him... or hate him. A na podsumowanie pozwolę sobie na cytat:
Prędkość jeszcze nikogo nie zabiła. Nagłe stanięcie w miejscu – to dopiero jest niebezpieczne.
Reszta dostępna jest tutaj i w książkach...
0 komentarze:
Prześlij komentarz