niedziela, 11 kwietnia 2010

Blogi umierają.

Często bardzo szybko. Często po cichu. Przychodzą i odchodzą, tylko nielicznym udaje się zaistnieć na scenie. Na początek dygresja. Nie piszę tego wpisu ze względu na czas i to się dzieje w Polsce. Ten wpis chodził mi po głowie od dawna. Zatem przejdźmy do meritum... dlaczego jednym udaje się a innym nie. I nie piszę tych słów, ex cathedra, z pozycji dominującego hegemona w Polskim świecie blogowym. Nie jestem Kurasińskim ani Marczakiem. Daleko też mi do Kominka. Jednak dość intensywnie zastanawiałem się nad przyczynami spektakularnych porażek. Tak właśnie - porażki były pożywką dla mojego zastanawiania się.

Muszę przyznać, że ostatnio byłem z blogiem na bakier, nie pisałem zbyt często. Jeżeli obejrzycie ostatni post to jest on napędzony demonicznym ogniem złości na łódzkich urzędników. Nie było też tak, że nie mam tematów. Ostatnie podróże, w tym Wyprawa Wiedeńska, czekają na uwiecznienie w formie internetowego diariusza. Nie brakowało mi też weny... po prostu, prozaicznie nie miałem czasu. Czas został pożarty przez nowego laptopa i demony w stylu Modern Warfare 2 czy Wiedźmina. Prościej zanurzyć się w odmęty wirtualnego świata, strzelając z obrzyna do 12 letnich adwersarzy... niż pisać. By tworzyć posty, nieważne jakiej jakości, potrzebne jest skupienie. Wciskanie spustu w grze, choćby imitowanego przez prawy przycisk myszy jest prostsze bo nie wymaga refleksji a jedynie refleksu. Ta drobna różnica (zaledwie parę liter) dramatycznie odciąga autorów od blogów. Tak było w moim przypadku.



Dziś, kiedy Modern Warfare 2 skryło się w czeluściach przepastnego wirtualnego kosza na śmieci, mogę skupić się na pisaniu. Zatem o czym to my ? O blogach? Acha.

Historia każdego bloga zaczyna się od pierwszego postu. Zazwyczaj autor pisze, że właśnie jesteśmy świadkami historii... że ten blog odmienia jego życie, że będzie sumienny i ogólnie nie wie co napisać ale warto go czytać :-). Jeżeli ktoś kliknął w poprzedni link, to widać, że inwencja nie jest moją mocną stroną ;-).

Zwykle tego typu wpis zwiastuje rychłą śmierć bloga. Autorowi starcza sił na dwa, góra trzy miesiące. Dlaczego ? Myślę, że jestem w stanie to wytłumaczyć. Percepcja światka internetowego, według zaczynającego pisać, jest prosta jak konstrukcja kija bejsbolowego:

a. zaczynam pisać...
b. wszyscy czekali aż zacznę pisać... więc będą mnie uwielbiać, ergo stanę się gwiazdą Internetu
c. w punkcie "C" mamy (często niewyartykułowanie ale istniejące w podświadomości) autografy, wielbicielki, sportowe samochody i sponsorów

Rzeczywistość jest jednak szara jak większość bloków. Zatem, po dwóch miesiącach, nie jesteśmy gwiazdą (ZAZWYCZAJ) i zaczyna dopadać nas zniecierpliwienie. Rozpoczynają się pytania. Dlaczego Marczakowi / Kominkowi / Gadzinowskiemu / Gąsiewskiemu (niepotrzebne skreślić) się udało... a mnie nie ?

Już spieszę z wyjaśnieniem. Kluczem jest cierpliwość. Inaczej przegracie. Oczywiście można spróbować metody "One Hit Wonder Looser Band". Jednak jak sama nazwa wskazuje ta strategia jest krótkotrwała i ryzykowna.



Zatem po co jest ten post, zapyta się ktoś ? Ha! Miałem rzeczone podejście a-b-c. I nie zostałem gwiazdą. Jednak piszę dalej.... zatem wydaje mi się, że osiągnąłem blogowe Zen. Nie pisze dla sławy ale dla samego pisania. Bo to lubię. Fakt ten uświadomiłem sobie czytając jeden z felietonów Clarksona, który napisał, że w jego samochodowym świecie najfajniejsze jest pisanie. Nie te samochody, nie przyspieszenie, nie POOOOOWEEEEEEEERRRRRRR, lecz właśnie czysta kartka. On po prostu uwielbia pisać. Ten felieton uświadomił mi, że można lubić coś takiego jak pisanie. Celem zatem winna być sama przyjemność tworzenia a nie to co MOŻE przyjść później. Bo zazwyczaj nie przychodzi.

Innymi słowy... "LUUUBISZ TO!"

1 komentarze:

Anonimowy pisze...

bardzo pozytywne przemyślenie/napisanie ;)