niedziela, 11 stycznia 2009

Handouts Can Make You Free ?

W ostatnich rozmowach z szanownymi czytelnikami tego bloga (witamy Tadka, BTW polecam Tadkowego bloga o pobycie w Singapurze) dowiedziałem się, że piszę przydługie wstępy. Zastanawiałem się nad tym przez chwilę i doszedłem do wniosku, że nie oddam ekstatycznej przyjemności generowania sążnistych wywodów w imię informatywności. Znakiem rozpoznawalnym tego bloga będzie używanie słów, które składają się więcej niż z dwóch sylab - na przykład słowo "dupa" nie będzie lewarem, który podnosi moją popularność w odmętach internetowego oceanu.

Dziś jednak (chcę was zaskakiwać) długiego wstępu nie będzie. Już teraz wyjawię, że będę mówił o prezentacjach. Skąd wziął się temat tej notki ? Już wyjaśniam - miałem, przed końcem zeszłego roku, przyjemność przeczytać książkę Garra Reynolds'a - Presentation Zen. Wcześniej miałem przyjemność pokazać jego wykład na moim blogu. Jednak tutaj nie będę zabawiał się w recenzenta, choć książka jest fantastyczna i warta każdej złotówki / dolara. W tej notce będę się rozwodził na temat dodawania "handoutów" do prezentacji.




Zastanawialiście się kiedyś dlaczego tak ciężko wdrożyć dobre pomysły. Dlaczego większość poradników mówiących o podniesieniu swojej wartości jako manager / specjalista / pomocnik gościa, który grabi liście przed firmą, zawierają dobre pomysły, które nic de facto nie dają. Jeżeli byłoby inaczej, to za 29 PLN, można by zostać "dobrym managerem". Przecież wszystko, co jest tam zapisane jest prawdą i pozwala na poprawę skuteczności ! A zorganizowanych managerów jest, powiedzmy eufemistycznie niewystarczająca liczba. Jak to się dzieje ?

Dobre pomysły z definicji posiadają nimb (trudne słówko - klik) nowości (przynajmniej w naszym życiu). Nowości natomiast implikują wysiłek. Zatem o ile mamy nie mamy fuckupu, nowe pomysły raczej nie zostaną wdrożone. Wprowadzenie nowej rutyny wymaga myślenia. A jak wiadomo nie od dziś, myślenie jest męczące :-)



Jak zwykle w moje poczynania wdarła się karkołomna dygresja a czytelnicy nie mają dużo czasu. Zatem wracam do sedna. Mam dwa pytania ? Czy tworzyliście ostatnio jakąś prezentację? Czy braliście udział, jako słuchacz, w prezentacji?

Ja na obydwa pytania odpowiadam twierdząco. Nie wytykając palcem, bo nie o to tutaj chodzi, największym problemem było dla mnie coś, co w swojej książce Garr Reynolds nazwał "Śmierć od PowerPointa (ang. Death by PowerPoint). Spokojnie, aplikacja Microsoftu nie ma ukrytego przycisku, który pozwala na skuteczną i natychmiastową likwidację słuchaczy. Problem leży gdzie indziej. Problemem jesteśmy my sami. Problem polega na tym, że większość prezentacji opiera się na punktach - na zasadzie 5 punktów na slajd i tak na przykład 80 razy. Często jest też tak, że prezentujący po prostu czyta punkty ze slajdu. Co w kontekście faktu, że nie potrafimy czytać i słuchać jednocześnie powoduje, że musimy wybierać :-). Taki stan prowadzi do nieefektywnych prezentacji.

Nie tak dawno temu byłem uczestnikiem takiej prezentacji - udało mi się zachować skupienie na slajdach przez jakieś 3 minuty. Później skupiłem się na mówiącym, nie patrząc na slajdy. I jaki tutaj problem zapyta ktoś ? Ano, po co było robić te slajdy ? Skoro i tak nikt ich nie "przyswaja" ? Slajdy nie wzmacniały tego co mówił prezentujący. Były ściągą dla NIEGO a nie pomocą dla NAS słuchaczy (jakby nie można było sobie napisać punktów na kartce i nie marnować prądu na odpalanie komputera z projektorem).


Ok. Zatem nie robimy punktów :-) (bulletów). Jednak co się dzieje gdy musimy przedstawić bardziej skomplikowany problem. Na przykład proces działania fabryki lub bilans przedsiębiorstwa (mnóstwo tabelarycznych danych) ?

Często kończy się to tak:


lub tak:




Wymaga to wielkich umiejętności (niemalże boskich) aby przestawić skutecznie takie informacje i nie zanudzić słuchających na śmierć. Czy zatem jesteśmy zgubieni, czy już nikt nam nie pomoże ? Ależ oczywiście, jest rozwiązanie, które jest o wiele prostsze niż nam się wydaje.

WYKORZYSTUJMY HANDOUTY !


Cytując za słownikiem języka polskiego - handout - to pomocniczy materiał rozdawany uczestnikom wykładu, zawierający pewne elementy wygłaszanego referatu. Zanim przejdziemy do rozważania na temat ich użyteczności, muszę się do czegoś przyznać. Ja sam bardzo rzadko robię prezentacje, które zawierają handouty. Jednak po przeczytaniu Presentation Zen, wiem że jestem grzesznikiem prezentacyjnym. Doprowadziło to do mojego nawrócenia i jak każdy neofita chciałbym jeszcze raz wykrzyczeć swoje wyznanie wiary:

WYKORZYSTUJMY HANDOUTY !

Dlaczego? To jest proste. PowerPoint to jedno narzędzie - na przykład młotek. Word to inne - śrubokręt, a Excela możemy przyrównać do piły. Każde dziecko wie, że przykręcanie śruby młotkiem może mieć zgubne konsekwencje. Tak samo PowerPoint użyty do prezentacji bilansu zadziała w stopniu, oględnie mówiąc, niewystarczającym.





Dlaczego jednak dzieje się tak, że prezentacje są drukowane i rozdawane w formie handoutów dla widowni ? To proste. Zwykle rzeczone prezentacje są kończone dzień przed, o 2:32 w nocy i nikomu się nie chce myśleć o robieniu materiałów dodatkowych. Skoro brak nam czasu, to cytując jedną z wielu osób, z którymi na ten temat rozmawiałęm:

"...jak zostawimy klientowi prezentację to musi on na podstawie obrazków w powerpoint'cie, być sam w stanie odtworzyć to co mówiliśmy."

W takim razie pytam się - po co w ogóle prezentowaliśmy? Nie lepiej było wysłać plik do klienta, niech sobie przeczyta i sam nas wybierze ? No i tutaj jednak odzywają się głosy sprzeciwu - przecież MUSIMY prezentować, aby POKAZAĆ się przed klientem, co by nas wybrał. Zatem wniosek jest prosty - TO my przekazujemy ideę a prezentacja (slajdy) mają tylko pomóc. Same slajdy (bez prezentującego) mają prawo być BEZWARTOŚCIOWE. Natomiast handout już nie - służy właśnie temu aby był fizycznym dowodem naszej prezentacji, zawierając dowolnie skomplikowane dane lub tezy, których nie mogliśmy przekazać w trakcie prezentacji (np. z braku czasu).

Wniosek jest prosty. Aby przygotować skuteczną prezentację potrzebujemy trzech składników:

1. prezentującego

2. prezentacji (choć nie zawsze - Napoleon nie używał PowerPointa)

3. handoutu

i to tyle. Bez większej filozofii. Wiem, natomiast jak trudne będzie dodanie punktu trzeciego... jest to przecież nowa rzecz. A nowe rzeczy wymagają myślenia, które jest .... ? Męczące (brawo!). Niemniej jednak trzymam za was i siebie kciuki :-)

A jeżeli chcecie wiedzieć więcej o prezentacjach, przeczytajcie Presentation Zen. Do czego was serdecznie namawiam.

PS. Książka Lód, J. Dukaj (idzie jak lód z nosa ?) oraz Webanalytics, Hour a Day, Avinash Kaushik

piątek, 2 stycznia 2009

2009

Skoro blogi są jak rekiny i muszą być w nieustannym ruchu, pomyślałem sobie, że warto by rozpocząć rok od przełomowego wpisu. Czegoś tak dobrego, że pozytywna energia poniesie mnie przez cały rok. Zastanawiałem się co może być tak dobre aby zaskoczyć moich wysublimowanych czytelników (witamy Tatę, a więc nas już tutaj jedenastka)? Jednak, w posylwestrowej rzeczywistości, gargantuiczna pustka wypełniała moją głowę. Przez chwilę miałem nawet pomysł, aby moja przełomowa notka opisywała "nowe" wyświetlanie reklamy w mapy.google.pl. Na rzeczoną zmianę w wyświetlaniu natknąłem się na podczas poszukiwania lokalizacji sklepu Cytadela.



Nowa reklama została zaznaczona czerwonym prostokątem. Jest to ciekawe, ale zadałem sobie pytanie - jakie wnioski to przynosi. I doszedłem do faktu, że żadne :-). Pomyślałem sobie... ha ! ten news nie zaprowadzi cie na ekstatyczne wyżyny polskiej blogosfery. Nie przebijesz się jednym, zmyślnym uderzeniem taktycznym, na poziom, gdzie zasiada śmietanka polskich bloggerów. Musiałem szukać gdzie indziej. Po krótkim acz głębokim, mniej więcej 3 sekundowym namyśle doszedłem do wniosku że zabawie się w Eksperta. Będę przepowiadał przyszłość. Nie na podstawie wnętrzności zamordowanej gęsi, jako, że takowej nie miałem pod ręką w trakcie tworzenia tego wpisu. Skupię się na swojej wiedzy i postaram się stworzyć spójną wizję rzeczywistości, jakiej możemy oczekiwać w 2009. Inne, (nie)mniej ciekawe ;-) opinie można znaleźć tutaj. Dodam jedynie że chodzi tutaj o Internet. Oczywiście, tak jak każdy Polak, mógłbym przewidzieć wyniki polskiej reprezentacji, wypowiedzieć się na temat przyszłości polskich stoczni oraz rozprawiać nad wyceną ceny proponowanej przez NFZ za punkt... jednak pozostawię to wszystkim innym, czyli dziennikarzom, politykom a także każdemu z Polaków. Przecież nie od dziś wiadomo, że każdy z nas jest w rzeczywistości potencjalnym trenerem reprezentacji, premierem albo ma zadatki, co najmniej, na ministra zdrowia :-). Ja pozostanę, przy i tak dla mnie trudnej dziedzinie, jaką jest Internet, a w szczególności marketing internetowy.

2009



Tutaj chciałbym dokonać małej pauzy, i zwrócić uwagę szanownych słuchaczy na fakt, że nie będę w stanie przewidzieć wszystkich zmian na polskim rynku. Ponadto, moje prognozy nie opierają się na żadnych badaniach. Mało tego, są wyssane z mojej głowy, a to co w środku siedzi mógłbym przyrównać do... szczoteczki do zębów. Jej użycie jest korzystne jedynie dla jej właściciela. Zatem podkreślam, nie będę ponosił odpowiedzialności za decyzje biznesowe, które zostaną niewątpliwie podjęte przez czytającą tego bloga rzeszę bankowców/VC/business angels.

Przejdźmy zatem do rzeczy. Z milionów niewątpliwych i stuprocentowych, które już zostały zaprezentowane gdzie indziej, wniosków - wybrałem jeden. Mianowicie, chodzi o fakt, że rok 2009, będzie rokiem video w reklamie. Jest to dość ogólne przekonanie popierane, moim zdaniem, przez dwie partie. Po pierwsze wydawcy w formatach video widzą możliwość przedłużenia najlepiej monetyzującego ruch modelu rozliczeń CPM. Drugą grupą są stare media, widzące (to może być duży przestrzał, ale co tam, to mój blog) w video w Internecie przedłużenie koncepcji GRP's i stosowania sprawdzonych modeli kampanii. Może doczekamy się kampanii, która będzie emitowałą to samo video na każdym z portali, w czasie porannej kawy ? Pożyjemy, zobaczymy.

Zatem postawienie wniosku, że video będzie koniem pociągowym reklamy internetowej, jest słuszne. Jednak dla mnie jest to teza, zbyt bezpieczna. Postawię inną. Ten rok, będzie rokiem mobile. Już słyszę krytyków. Rok w rok (od kilku lat?) mówi się, że WŁAŚNIE ten rok, będzie rokiem mobile :-). I co? Nie dzieje się tak. Ponadto, spotykam się z tezą, że nie będzie "mobilnej" wersji naszej klasy. Nie będzie wielkiego muuuu, a internet mobilny będzie niepostrzerzenie (i boleśnie) wchodził do naszego życia. Poza tym, dla krytyków mobile jest trudnz a video nie :-). Dodatkowo video jest sexy a mobile nie. Więc my pozostaniemy przy video mówią krytycy.

Pozwolę sobie nie zgodzić się z tą tezą. W 2009 roku będzie WIELKIE MUUUUU, jeżeli chodzi o mobilny internet.



DLACZEGO MOBILNY INTERNET BĘDZIE RZĄDZIŁ W 2009 ?

Z kilku powodów. Pierwszym problemem, jeżeli chodzi o mobilny net jest świadomość. W moich rozmowach (tzw. testach korytarzowo-samochodowych) ze znajomymi, wśród których występuje (jak mniemam) nadreprezentacja telefonów z internetem, doszedłem do kilku wniosków.



Teza: Użytkownicy nie wiedzą, że mają dostępny Internet w telefonie.

Obserwacja / wniosek: Zdziwienie faktem, że mają internet w ich "starej" Nokii :-)

Teza: Internet w komórce, musi być bardzo drogi, rozliczany za czas połączenia

Obserwacja / wniosek: Po stwierdzeniu, że połączenie jest rozliczane za dane, a nie za czas "rozmowy", widoczne jest duże uspokojenie :-)

Teza: Brak znajomości możliwości telefonu oraz potencjału wykorzystania mobilnego Internetu

Obserwacja / wniosek: Kluczową sprawą tutaj, jest sprawa braku bodźca, który powodowałby próbę rozwiązania powyższych problemów i naukę możliwości telefonu. Ale o co chodzi? Posłużę się przykładem - potrzebowaliśmy znaleźć informację, przed sylwestrem, gdzie znajduje się pewien klub. Ja jako, że nie wziąłem ze sobą telefonu, nie mogłem rozwiązać tego problemu. Natomiast naturalną reakcją kolegi był... telefon do osoby, która mogła być potencjalnie w domu i sprawdzić adres klubu w Google ! Nie było naturalnego odruchu (naturalny odruch odpalenia google, czy to nie straszne?) odpalenia mobilnego google i wyszukania potrzebnej informacji. Jednak, po chwili rozmowy, z pomocą telefonu odnaleźliśmy stronę klubu i sprawdziliśmy dojazd.

TERMINAL

Drugim kluczowym aspektem, który powstrzymuje rozwój mobilnego internetu jest terminal. I znów przykład. Nie tak dawno jak wczoraj, prosiłem Agnieszkę, aby weszła na stronę Kinoteki aby zobaczyć "co jest grane". I nie było problemem odpalenie przeglądarki, problemem było wpisanie adresu. Napisanie z palca "kinoteka.pl" (nokia e65) okazuje się bardzo męczące dla piszącej SMS'y ?! Jednak, tutaj górę bierze wyuczone poczucie wygody z duże klawiatury i "duży" Internet. I nijak miało się tutaj moje tłumaczenie, że tyle samo albo więcej wysiłku kosztuje ją napisanie SMS'a. Po prostu musiałem zrobić to sam :-)

Problem terminala został skutecznie rozwiązany marketingiem iPhone. Moim zdaniem, największą "zasługą" telefonu jest promocja mobilnego internetu. W odpowiedzi na iPhone, inne firmy muszą (nokia, where are thou?) postawić na "online'yzację" telefonów. SMS czy Gry Java już nie wystarczają. Teraz Internet / Mail / Kalendarz etc. są istotne. I to widać.


Natomiast problem Agnieszki (komfort korzystania) będzie poprawiony przez jedno z rozwiązań programowych - przykład od Google :-) (nie testowałem tego, ale wydaje się być bardzo ciekawe).





ZBAWCA :-)

Odnajdźmy się w sytuacji. Dotąd głównie biadoliłem i mówiłem co jest problemem. Zatem mamy problem użytkowników, który sam powoli wymiera, po tym jak coraz więcej osób zadaje sobie trud skorzystania z mobilnej sieci. Z drugiej strony mamy świetnego promotora idei mobilnego internetu, na poziomie terminala - a mianowicie iPhone. Jednak, kto będzie zbawcą ? Mojżeszem, który da napęd i dokona WIELKIEGO MUU ? Moim zdaniem będą to operatorzy (Play ? ....), który widzą spadek dynamiki sprzedaży nowych telefonów (wysycenie rynku) i którzy szukają nowych źródeł przychodu z użytkownika. Jako, że ciężko będzie im sprzedać dużo więcej telefonów (nie osiągniemy nasycenia z Luksemburga, gdzie jest ponad 150 komórek na 100 osób), a dynamikę trzeba podtrzymać (acha ... no i mamy Play, który chce walczyć z układem :-). Połączenie tych dwóch faktów będzie prowadzić do inwestycji w sprzedaż treści. I trzeba będzie to robić skutecznie - a jak najprościej ? Znieść bariery korzystania z mobilnego internetu (ceny?, edukacja?). Pytanie tylko , czy operatorzy będą w stanie utrzymać użytkowników, (To już chyba pytanie na osobną notkę) ale w to, że będą promować internet - nie wątpię.

No i wielki Brat Google też nie próżnuje, promując swoje mobilne rozwiązania. Co prowadzi do zwiększenia "penetracji" mobilnego internetu. I ... przyczynia się do szybszego spełnienia mojej tezy.




GOOD OLD TIMES ARE BACK

Jeżeli chodzi o rynek reklamy internetowej (media, agencje itd.), to obawiam się (choć mogę się srogo mylić), że mamy do czynienia ze stanem porównywalnym do początków Internetu (stacjonarnego w Polsce). W trakcie tworzenia się branży (znam to tylko z opowieści, ja już raczej się na to nie załapałem), osobnicy zajmujący się siecią byli traktowani, przez uznane, duże agencje reklamowe jako "bracia mniejsi". Internet był (jest?) traktowany po macoszemu, jak coś dodatkowego. Teraz, gdy Internet jest sexy, możemy zobaczyć, że w ten sam sposób traktuje "branżę" ludzi grzebiących w mobile ? (cyt. z życia wzięty - "Ile kosztuje taka stronka mobilna?" - uwielbiam stwierdzenie "stronka", mówią je głównie ludzie, którzy nie odpalili w życiu żadnej). Good Old Times are back ?

REASUMUJĄC

Tak jak pisałem powyżej, to są moje jedynie subiektywne i dość płaskie przemyślenia (brak wielowymiarowości, badań... głosów specjalistów z offu, są natomiast obrazki). Mam świadomość, że mogę mylić się znacznie. Może być tak, że w 2009, Polacy będą korzystać masowo z NETbooków i darmowego (hi hi) Internetu. Może być również tak, że wygramy z Brazylią, w piłkę nożną :-). Czy tak się stanie ? Zobaczymy !

PS. Czytana książka - Lód, J. Dukaj (wrrrr przeczytam to)