Po perypetiach związanych z umieszczaniem go w szpitalu, oraz odwołaniu wyjazdu na Ukrainę, udaliśmy się na bindugę, w okolicach jeziora Mikaszewo.
Dwie sprawy. Po pierwsze, chciałem podziękować Wszystkim Życzliwym :-). Po tym jak okazało się, że nie jedziemy za wschodnią granicę, WSZYSCY (literalnie wszyscy), którymi rozmawiałem mówili... może to i lepiej... Bóg tak chciał... itd. itp. Sic ! Nie będę tego komentował, ale przyznam się, że na Ukrainę pojadę, bo ten balon trzeba przebić.
Po drugie, na bindugę planowaliśmy udać się PO wyprawie... mieliśmy tam odpoczywać. Skoro odpadł wyjazd, pozostało wypoczywanie. Zatem, bez chwili zwłoki (śpiąc nienerwowo do godziny 12) udaliśmy się w augustowskie rejony, nucąc po drodze niezapomniany hit.
Po dotarciu na miejsce, powitały nas komary. W ilości niewyobrażalnej. Teraz, z perspektywy miasta, wydaje mi się to już nie tak straszne i męczące. Jednak, przyznam się, że drugiego dnia chciałem po prostu wracać. Tyle było tych małych, wrednych, upartych stworzonek. I nie pomagał Off, Autan, Bros, Off dla Rodziny, spirale, ognisko. Nic. Było ich tak dużo, że siadały na tobie po prostu, jako wynik rachunku prawdopodobieństwa - musiały gdzieś wylądować. Jedynym skutecznym rozwiązaniem było siedzenie w długich spodniach i bluzie z kapturem (pozdro dla hip-hopowej braci). I jakoś dawało radę. Po drugie stworzonka atakowały falami, jakby gdzieś tam siedział komarzy Mao lub Hitler i wysyłał swoje ciężkozbrojne skrzydlate zastępy w celu wypicia krwi (dosłownie) wrogów. Udało mi się nawet wysnuć empiryczny wniosek - komary słabo widzą i nie atakują w nocy. A u nas było Ciemno (nie było prądu), jedyne co nas ogrzewało to ognisko.

HMMM. I jak tu przeżyć. I jak tu odpocząć ? Na szczęście (pod osłoną bluzy z kapturem, siedząc w oparach odstraszaczy na komary) rozpocząłem książkę W. Cejrowskiego, Rio Anaconda. Dzieło najwyższej klasy. Wyczytałem tam świętą zasadę krów - ogon jest tylko jeden. Znaczy to mniej więcej tyle, że wszystkich problemów (komarów) nie da się rozwiązać. Wierzcie mi, próbowałem. Mordowałem je hurtowo. Ale mi z tego, żaden endlosung dla kwestii komarów nie wyszedł. A kolejne problemy były na horyzoncie.
Problem drugi: WC. Hmmmm do kwadratu. Nie jestem brzydliwy i do lasu pójść mogę, z saperką. Ale ale, spróbujcie pójść do lasu, gdzie czekają na was miliony (i to nie jest przesada) małych stworzonek, które chcą wypić waszą krew.... bleeee. Zatem do lasu nie było co chodzić, aż tak odważny nie byłem. Na (nie?)szczęście na polu była kucana sławojka... i ona ratowała nas w "biedzie". Natomiast, wyjazd zmienił się w Tour De WC. Uwierzcie mi, znam większość toalet (wraz z cenami) w odległości 10 km od Mikaszewa :-).
A teraz przyjemne rzeczy. Po raz pierwszy (i już wiem, że nieostatni) pływałem kajakiem. Było przecudnie. Oczywiście na początku były małe problemy w stylu - pływamy w kółko, kajak przeciekał i zaczął tonąć ... ale daliśmy sobie radę. Po pierwsze wymieniliśmy kajak. Po drugie zaczęliśmy współpracę przy wiosłowaniu. I dało radę ! Nawet, pod koniec dnia, ścigaliśmy się z bandą młodzieży ... i wygraliśmy. Okupując to strasznym bólem (tego samego dnia - ja, lub następnego - Agnieszka) mięśni.
Życie z łódki wygląda tak. Coś czuję, że na kajakach się nie skończy...

Przefantastycznie. No i ta możliwość kierowania całym statkiem :-) he he.
Poza tym, dalej było już standardowo. 3 x rowery. W tym raz 70km (jak widać nie wysilaliśmy się ale to przecież odpoczynek był). Znaleźliśmy natomiast pole tytoniu...
A w drodze powrotnej kapliczkę.
Reasumując. Krótko, bo jeżeli ktoś woli dłużej to proszę o maila, wrócimy tam. Zjedziemy suwalszczyznę na rowerach (byliśmy w przerośli, czarnej hańczy i stańczykach - kilka lat temu). Teraz zaliczyliśmy część wigierskiego parku narodowego, Muły, kilka śluz... ale wiele przed nami. A numer R11, który odkryliśmy w trakcie jazdy, znajdzie się jeszcze nieraz na tym blogu.P.S. Więcej zdjęć tutaj.
0 komentarze:
Prześlij komentarz