Wróćmy do naszej podróży. Trzecim i ostatnim z B. miała być Barcelona. Była to jednak (było nie było) decyzja dość dramatyczna. Dla niezorientowanych, chciałbym przypomnieć, że Barcelona znajduje się ok. 2500 kilometrów od wsi zwanej Warszawą. 2500 kilometrów to nie jest wyjście do kiosku po gazetę. Zapowiadała się najdłuższa podróż w naszym życiu :-). Na szczęście, na ostatni etap wyruszaliśmy z Belgii - co dawało nam szansę na dojechanie w przeciągu jednego dnia.
Przejazd do Hiszpanii niezapomnianym uczynili Francuzi - dzięki ich opłatom autostradowym, nasz portfel stał się lżejszy o ok. 70 euro. Z drugiej strony, Agnieszka słusznie zauważyła, że we Francji SĄ autostrady za, które musisz płacić. Z drugiej strony możesz wybrać drogę niższej kategorii, ale za to darmową. W Polsce takiego wyboru nie mamy. Rozwodząc się dalej nad stanem naszych dróg chciałbym przytoczyć zasłyszaną sentencję "w Polsce budujemy autostrady tak aby się nie przecinały" - co jest zresztą prawdą. Nie ma w Polsce obecnie, podług mojej skromnej wiedzy, skrzyżowania autostrad (sic!!!!).
Wracając jednak do naszej podróży - do samej Barcelony dotarliśmy wieczorem, około 22. Dwie rzeczy uderzyły mnie jak obuchem. Po pierwsze jest tam niesamowity ruch na ulicach. Gdyby porównać ulice tego miasta do ekosystemu - to z jednej strony mielibyśmy słonie (czyli samochody - duże i małe), które permanentnie muszą się odganiać od wszędobylskich muszek (czyli motorowerów). I niech wygra najsilniejszy. Może nie jest to dżungla w czystym wydaniu, ale do jazdy po tym mieście trzeba sporej odwagi - wjeżdżając do Barcelony licz się z tym, że jeden fałszywy ruch i.... na szczęście jak takiego ruchu nie popełniłem. Drugą rzeczą jaka mnie uderzyła, dosłownie zbiła z nóg, była temperatura - okrągłe 26 stopni o 22 w nocy. W porównaniu do Berlina oraz deszczowej, dziewięciostopniowej Belgii myślałem, że zstąpiłem do piekła. Przyjemnego piekła.
Po tradycyjnych perypetiach w poszukiwaniu miejsca hotelowego (dziękujemy ci Hotel Etape !) udało się nam znaleźć zakwaterowanie pod Barceloną, w Viladecans.
Następnego dnia ruszyliśmy. Wysiadając z podmiejskiego autobusu linii 86, zdecydowaliśmy się, że przejdziemy się. Jakże odmiennym miastem okazała się Barcelona. W porównaniu do Berlina, gdzie jest porządek i nawet kosze na śmieci rozstawiane są zgodnie z jakimś pragermańskim planem, Barcelona jest miastem, gdzie można się "wałęsać". Wydaje mi się, że to jest najlepsze słowo. Nie ma potrzeby zaliczania zabytków, monumentów - można rozkoszować się samym miastem jedynie po nim spacerując. Zatem pierwszy dzień upłynął nam na sjeście w parku, byłem tak rozleniwiony, że nie wyjąłem aparatu - piwo, szynka, bagietka i książka złożyły się na zestaw podróżnika. Z parku udaliśmy się na plażę. Zanim jednak dotarliśmy nad morze, naszym oczom ukazał się taki oto widok. Tramwaje brodzące w trawie.
Na plaży już udało mi się uzbroić w aparat. Zanim, jednak rozpoczęliśmy robić zdjęcia - zrobiliśmy sobie krótką, trzygodzinną przerwę - byliśmy zmęczeni piętnastominutowym spacerem z parku gdzie także zażywaliśmy odpoczynku. Na samej plaży udało się nam zrobić takie ujęcia:
Powyżej: tzw. ciężka miłość.
Z tyłu, marna imitacja dubajskiego (?) żagla. No i na koniec, trzecie ujęcie wykonane z portu. Do dzisiaj nie jestem w stanie stwierdzić jakim cudem udało mi się zrobić to zdjęcie - wokół były bloki, maszty a przede mną mur. A wyszło coś takiego (niech żyje myślenie przy kadrowaniu).
Następne dni prezentowały się podobnie (poza pogodą, która była nieznacznie gorsza). Zatem rozkład był taki: wałęsanie, zwiedzanie, jedzenie, zwiedzanie lub wałęsanie i jedzenie na koniec.
Z rzeczy które warto odwiedzić, chciałbym polecić La Casa Pedrera Gaudiego. Brak mi słów, jako, ze słowo kamienica - którą ten budynek de facto jest nie oddaje artyzmu i ogromu myśli, włożył w nią jej twórca Z drugiej strony, mamy Sagrada Familia - katedra, z zewnątrz fascynująca. W środku natomiast dramat. Kolejka starszych kobiet, próbująca dożyć chwili, w której dostaną się do windy jadącej na wieżę, która zdaje się być jedyną atrakcją tego kościoła. Podobno, jedna z tych kobiet czeka tam od 1936 roku a kasy sprzedają bilety na wjazd w roku 2020. Z prostego faktu, że powstała ta notka, można wywnioskować, że odpuściliśmy sobie wjazd windą. Całości obrazka niech dopełnią rusztowania, siatki i robotnicy, którzy nawet nie próbują udawać, że coś robią. Na sam koniec zostawiam automaty, na monety, do sprzedaży napojów (i nie jest to woda święcona ani wino mszalne) wyświetlające dumnie swoje reklamy wewnątrz głównej nawy tej katedry. Kościołem tego nie nazwę - jest to po prostu monumentalny, betonowy budynek, który być może kiedyś będzie świątynią. Lepiej wydać 10 euro na wino, w którejś z knajpek pod kościołem niż finansować, tą żałosną budowę.
Zdjęcia tylko z zewnątrz. W środku wygląda to tak.

Z daleka też jest nieźle (widok z Montjuic).

Warte odwiedzenia jest także wzgórze Żydów (Montjuic), które zapewnia niesamowite widoki na Barcelonę oraz pobliski port. Dla wytrwałych we wspinaczce (kolejka linowa jest dla emerytów albo amerykanów) nagrodą jest fort, skąd widoki są takie.
No i niejako na koniec, jeszcze jedno zdjęcie. Dla każdego chłopca, mężczyzny itd. miejsce gdzie absolutnie nie może was zabraknąć. Nou Camp.
Oczywiście Barcelona to nie tylko te miejsca, które opisałem powyżej. To setki uliczek, knajpek, kawiarni i turystów. To place, muzea, kościoły. To metro i tłumy. To ciepłe wieczory i wino sączone powoli. To życie szybkie lub wolne, do wyboru. To paella dla turystów, odsmażana w mikrofali, wyglądająca ślicznie jedynie na zdjęciu albo miejscowe dania, które zamawia się u kelnera nie znającego słowa w języku angielskim. To orygnalne koszulki Barcelony i sześć razy tańsze oficjalne repliki. Wybór należy do Ciebie.



2 komentarze:
Fajna relacja z podróży.
Rozumiem, że skoro wszystkie miejsca, które odwiedzasz są na B, to następnym razem Brazylia i okolice?
;]
Brazylia jest niebezpieczna. Następna chyba będzie Szkocja i Irlandia :D
Prześlij komentarz