Wróciliśmy :-)
Na pierwszy rzut idzie Berlin. Później Belgia. A na koniec trzecie B. czyli Barcelona. Pełen zestawi zdjęć dostępny jest tutaj.
Gdzie byliśmy ? No cóż. Część ludzi lubi nazywać to zasłużonym urlopem - szczególnie ci, którzy lubią brązowić swoje ciałka na niemal pustych plażach w Egipcie :-). Agnieszka i ja, natomiast wybraliśmy aktywne zwiedzanie. Aktywne zwiedzanie charakteryzuje się tym, że człowiek (albo grupa ludzi) przemieszcza się po miejscu zwiedzania - metrem, autobusem lub pieszo. Jest to na tyle absorbujące, że zapominamy o przemożnej chęci posiadania plaży. Odwiedzając stare kościoły i muzea można także, zapomnieć że człowiek do urlopowania potrzebuje słońca. Przykład na poniższym obrazku.
Jak widać słońce jest zupełnie niepotrzebne. Mało tego zepsułoby obrazek zmuszając Agę do schowania parasola.
Zwiedzając Berlin, nie trzeba się też martwić brakiem dostępu do morza... można powiedzieć, że w Berlinie, deszcz może imitować takie przenośne morze. Na powyższym zdjęciu Agnieszka przed najsłynniejszym berlińskim dworcem.
Co poza deszczem zapamiętałem z Berlina, którego między nami - serdecznie nie polecam. Hmmm. Nie za dużo. Katedra jest dość ciekawa - jeżeli, ktoś nie widział dużego kościoła to zapraszam. Nie czuć tam natomiast historii, może poza kryptą gdzie wystawione są sarkofagi (trumny?). Może po prostu było w tej katedrze zbyt czysto...
Na pewno będą pamiętał pomnik epoki socrealizmu, czyli wieżę telewizyjną. Jest naprawdę ogromna i pasuje do berlina jak kastet do porcelany. Drapie i rozdziera panoramę miasta. Winowajczyni w pełnej krasie wygląda tak.
Zwiedzanie tej wieży nie jest usłane różami. Kolejka jest tak długa, że ciągnie się co najmniej do Poznania. Miliardy wycieczek chcących wjechać na górę i objąć cały Berlin wzrokiem. Nam udało się dostać dopiero wieczorem gdy znakomita reszta turystów rozeszła się po knajpach w poszukiwaniu wursta i piwa.
Z perspektywy statuy zwycięstwa (miejsca spotkań miejscowej śmietanki homoseksualistów, jak mówi przewodnik) wieża telewizyjna wygląda tak:
Tak jak pisałem nie jest przeurocza. Tak jak większość Berlina. Tego miasta nie da się po prostu poczuć, wałęsając się po wypielęgnowanych ulicach, które są pełne bloków. No chyba, że ktoś lubi oglądać bloki, ale w takim razie rekomenduję Widzew Wschód.
Co by nie było tak, że Berlin to ogromna kicha.. to przez mój "emerycki" pryzmat chciałbym powiedzieć, że miejscem godnym polecenia jest Charlottenburg. Świetny ogród i ciekawe zwiedzanie, koniecznie z audioguidem :-)
Wygląda to tak:
A za małą opłatą (kilkaset euro :-), można zobaczyć też wróbelka, niemieckiego wróbelka.
Reasumując powoli. Berlin był naszym pierwszym, i moim zdaniem najmniej ciekawym, przystankiem. Moje średnie zadowolenie może wynikać z dwóch faktów. Po pierwsze nie można w tym mieście się roztopić. Poczuć. Po drugie padał deszcz... ale my uciekaliśmy dalej. Czyli do drugiego B, o którym napiszę niedługo.
sobota, 18 października 2008
Trzy razy B ! Pierwsze Be.
Etykiety:
berlin,
wakacje,
zdjęcia,
zwiedzanie
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



0 komentarze:
Prześlij komentarz