środa, 22 października 2008

Drugie B. Czyli Belgia !

Zostawiliśmy za plecami nasz pierwszy przystanek i niemieckim, wypielęgnowanym, trzypasmowym autobahnem skierowaliśmy się na zachód. Do wyboru mieliśmy dwie opcje. Pierwszą było udanie się do miasta czerwonych latarni oraz rowerów - czyli do Amsterdamu. Drugą możliwością było skierowanie się ciut bardziej na południe, czyli Belgia.

Wybraliśmy Belgię - była po prostu bliżej naszego ostatecznego celu podróży czyli Barcelony. Poza tym nazwa kraju zaczyna się na B, więc to jakoś lepiej się składało. Wszystko na B. - Berlin, Belgia i Barcelona. Natomiast przesłanek negatywnych było wiele więcej. Po pierwsze cytując Clarksona "Belgia to kraj wymyślony po to by Niemcy i Brytyjczycy mogli rozwiązywać gdzieś swoje spory". Ja ze swojego doświadczenia (skromnego, przejazdowego) sądziłem, że Belgia składa się oświetlonych autostrad, krzaków oraz pojawiających się co pewien czas stacji benzynowych. Więc pobyt nie zapowiadał się zbyt ciekawie - przynajmniej na pierwszy rzut oka. Z drugiej strony wiedziałem, że w Belgii produkowane są piwa trapistów - i czytając artykuł z przewodnika Pascala (dzięki Aniu!) zdecydowaliśmy się na zatrzymanie się w miasteczku Rochefort.


Miałem nadzieję, że Rochefort będzie nienaruszonym średniowiecznym miasteczkiem, bez elektryczności, z chatami, z siedzibą kowala, klasztorem oraz strażą miejską chroniącą mury i pobierającą cło na rogatkach.

Dotarliśmy tam około 22. I tutaj pierwsze zaskoczenie. W odróżnieniu od kraju takiego jak na przykład Słowacja, gdzie ludzie kładą się spać około 12 w południe - w małym i uroczym Rochefort, życie po prostu tętniło. Poza tym w Rochefort była elektryczność, hotele i restauracje :-). Moje mniemanie, iż Belgia składa się jedynie z autostrad zostało zrewidowane.

Naszym pierwszym ruchem, zaraz po zameldowaniu się w hotelu było udanie się do baru w celu skosztowania produktów miejscowego zakonu. Powiem tak. Doświadczenie jest czymś co warto mieć. Ja niestety w momencie picia piwa trapistów po raz pierwszy nie takowego doświadczenia nie miałem. Bo i jak ? Zatem efekt był taki, że po wypiciu 2 (słownie dwóch) piw 0,33 byłem najbardziej zabawnym człowiekiem w knajpie. Co tam w knajpie! W całym miasteczku Rochefort a może i w całej Belgii nie znalazłoby się wielu, zabawniejszych ode mnie. Oczywiście tak było w mojej ocenie - natomiast Agnieszka miała inne zdanie.

Generalnie z pierwszego spotkania z piwem z Rochefort płynie pewna rada. Jeżeli zamierzacie wypić dwa piwa lub nie daj Bóg więcej - róbcie to ubrani w piżamę. W innym przypadku tak jak ja obudzicie się w nocy... w ubraniu :-). Z drugiej strony trochę tak głupio chodzić w piżamie do baru. Zatem ostateczna rada - piwa trapistów pijcie powoli, pojedynczo. Z przerwami.

Zatem dotarliśmy szczęśliwie do dnia drugiego w Belgii, jedni z większymi obrażeniami niż inni i pewnym poczuciem wstydu. Zamieniliśmy hotel na pokój (było taniej i przyjemniej) i udaliśmy się na zwiedzanie. Naszym głównym celem było dotarcie do klasztoru. Nie było to daleko, jedynie dwa kilometry a poza tym nie było, żadnych karczm z piwem trapistów po drodze, co mogłoby skomplikować nam podróż.

Sam klasztor i browar jest zamknięty. Nie ma możliwości zwiedzania. Jedyną otwartą publicznie częścią jest przyklasztorny kościół. My dotarliśmy do niego dokładnie, choć niezamierzenie, na południową modlitwę. Tutaj poznałem znaczenie słów ogłuszająca cisza. Będąc przed drzwiami kościoła, zostaliśmy zaproszeni do środka przez jednego z mnichów i w środku zostaliśmy przygnieceni atmosferą skupienia i rozmodlenia. Sam kościół, praktycznie bez ozdób, prezentował się imponująco, emanując spokojem. Byłem tak zaabsorbowany nieprzeszkadzaniem modlącym się w skupieniu mnichom, że nie wyciągnąłem aparatu. Posiłkuję się zatem pożyczonym zdjęciem.


Sam dziedziniec wygląda natomiast tak:



Wizyta tam była niesamowita. Uczucia jakich doświadczyłem głębokie - zupełnie inna religijność, będąca sensem życia, była w klasztorze na wyciągnięcie ręki. No i robią tam dobre piwo. Reszta dnia upłynęła nam na zwiedzaniu jaskini Loretty, gdzie była przewodniczka z Polski, w Rochefort ! Z Polski ? Czy to nie dziwne ?! Skorzystaliśmy z okazji, że byliśmy jedynymi chętnymi i mieliśmy "prywatne" zwiedzanie z polskim komentarzem.

A następnie poszliśmy na piwo.

Jeden dzień w Belgii całkowicie zmienił moje postrzeganie tego kraju. Uwierzyłem, że poza autostradami jest w Belgii coś jeszcze. My nasze "coś jeszcze" odnaleźliśmy w Rochefort. I myślę, że do Belgii wrócimy po "coś więcej".

0 komentarze: