poniedziałek, 12 października 2009

Anna została porwana...

Chcesz jej pomóc ? Masz czas ? Sprawdź się w Złotych Tarasach. Przygoda czeka na ciebie :-)





P.S. Wpis sponsorowany przez Dharma Initiative.

piątek, 28 sierpnia 2009

Lublin

Tytuł dość lakoniczny. Nieprawdaż ? Wprowadzając w temat, to powiem że jechaliśmy do Kazimierza... i chodzi tutaj o miasto, nad Wisłą, a nie o osobę. Skończyliśmy w Lublinie. Jak to się stało, czy dojechaliśmy do Kazimierza tak jak planowaliśmy? Piszę ten wstęp po raz drugi. Wymaga to wiele samozaparcia, jako że uważam, że poprzednia wersja wstępu (ta utracona) gdzie w lekki ale zabawny sposób rozprawiałem się Warką, jako miejscem gdzie ludzie sikają w centrum miasta, wydaje mi się teraz niedoścignionym ideałem. Jednak trzeba brać się z życiem za rogi... więc tym razem będę częściej zapisywał stan wpisu, dbając o to by nie uronić choćby literki.

A zatem... wyjeżdżamy. Kierunek Kazimierz. Poranek, jest godzina ósma. Punkt ósma, jeszcze zaspani wyciągamy rowery i zaczyna się... przykręcanie bagażnika. Idzie nam to dość sprawnie. Pracujemy z Damianem jak zgrany zespół Formuły 1. Im zmiana opon zajmuje około sześciu sekund, my montujemy bagażnik w ciągu niespełna godziny. Co przy braku hełmów, specjalnych rękawiczek oraz milionów motywujących nas (poza lekko zniecierpliwioną Agnieszką) kibiców uznaję za czas co najmniej porównywalny.

Pełni nadziei zakładamy sakwy, ledwo wynosimy ciężkie rowery na 10 centymetrowe schody na klatkę i jedziemy. Pogoda wyśmienita - jest dość ciepło. Lekkie zachmurzenie, my pełni nadziei. Woda na miejscu - czyli w plecaku lub w bidonie. Trasa idzie nam dość standardowo, docieramy do ulubionego miejsca krótkich wycieczek rowerowych wszystkich warszawiaków - czyli do Powsina, gdzie jako jedni z pierwszych konsumentów posilamy się naleśnikami i nieodłącznym poweradem :-).
Po drodze do Warki (czyli miasta, do którego drogę mamy, było nie było w małym palcu) napotykamy na pierwsze kłopoty. Po pierwsze moja sakwa (pożal się boże za 70 pln... ), pęka w miejscu gdzie zamek błyskawiczny łączy dwie komory (temat sakw, jak się okaże zostanie mocno przerobiony przed wyprawą wiedeńską, ale o tym kiedy indziej). Po drugie wykręca mi się śruba z bagażnika, zaledwie po piętnastu kilometrach jazdy (sic!). Jako, że znamy sklep rowerowy w Konstancinie (zaraz za Powsinem) niezrażeni wyruszamy w miejsce nabycia rzeczonej śruby rozmiaru 5. Jak się okazuje na miejscu, pracownicy warsztatu rowerowego udali się na zasłużone wakacje, natomiast my zostaliśmy zmuszeni do sprawdzenia naszych zdolności interpersonalnych w komunikacji z miejscowymi. Udaje się - najbliższy sklep jest tuż tuż. Mają też śruby, w jakże przystępnej cenie dwóch złotych za sztukę !!! Monopol jednak rządzi się swoimi prawami, zatem płacimy bez szemrania, jednak jak się okazuje dokręcenie dostajemy w pakiecie razem ze śrubą. Po przejechaniu 100 metrów reflektujemy się, że warto abyśmy weszli w posiadanie drugiej śruby rozmiaru pięć (tak na wszelki wypadek). Damian wraca się zatem do sklepu gdzie dostaje drugą śrubę już... za darmo. Do końca wyprawy nie mogę wyjść z podziwu dla jego zdolności negocjacyjnych. Suma summarum dostajemy dwie śrubki wraz z usługą fachowego jednego dokręcenia śruby za dwa złote.

Opuszczamy Konstancin bez żalu (i problemów) i kierujemy się do Warki... omijając Czersk oraz jadąc z rozjazdu w Potyczu drogą 731... pomimo faktu, że mamy obeznaną trasę bokiem, bliżej Wisły i Pilicy przez piękne ścieżki i nieuczęszczane drogi.



Wyświetl większą mapę

Zatem dla wszystkich, którzy będą na rondzie przy stacji Petrochemii... nie jedźcie drogą 731. Nie wygracie z tirami. Nie ma co jednak marudzić na tiry, gdyż wreszcie dojeżdżamy do Warki. Miasto to, w naszej świadomości, było pozbawione rynku... !!!!. To znaczy miało coś, co jedna z autochtonek nazwała rynkiem, ale wyglądało to na plac z drzewami, na którym miejscowi zbierają się by pić piwo i załatwiać potrzeby fizjologiczne przed chwyceniem za koleją puchę mocnego. Jak się okazało, co możemy potwierdzić na poniższych zdjęciach, Warka ma śliczny rynek. Stupor w naszych oczach trwał dobrą chwilę... jednak stwierdziliśmy, było nie było, że nie będziemy walczyć z rzeczywistością. Skoro Warka ma rynek to niech tak będzie, nie ma się co z koniem kopać.



Na rzeczonym rynku zaopatrzyliśmy się w dwie rzeczy. Po pierwsze kupiliśmy jogurt i bułki, po drugie pytaliśmy miejscowych jak jechać dalej. Była 16.30 a do Kazimierza daleko. Mało tego, nie mieliśmy mapy wystarczająco dokładnej, by dojechać do celu. Na szczęście, w trakcie przedzierania się przez Warkę (były wykopy) znaleźliśmy mapę poglądową z zaznaczonymi szlakami, które dość sprytnie nanieśliśmy na naszą mapę długopisem...


Pomiędzy powyższym zdjęciem rynku, wykonanym o 16 45, a poniższym w Studziankach Pancernych (g. 19.00), przeżyliśmy walkę z pięknymi mazowieckim lasami. Walka była jednak spowodowana faktem, że bez mapy nasza jazda wyglądała jak prostopadła litera V. To znaczy odjeżdżaliśmy od głównej (zatłoczonej drogi) w kierunku Pilicy, gdzie spotykały nas piachy, brak szklaków ... i piękne widoki. Następnie wracaliśmy do drogi głównej, pięć kilometrów dalej. Takich "trójkątów" wykonaliśmy dwa. Później przecięliśmy drogę główną (wiedząc, że nie dojedziemy do Kazimierza) i po ... sprincie przez las znaleźliśmy się w miejscowości, która jest słynna z powodu bitwy pancernej. Jest tam pomnik i to właściwie tyle.


W Studziankach, musieliśmy podjąć decyzję, dokąd zamierzamy tego dnia dojechać. Była godzina 19 i wiedzieliśmy, że mamy maksymalnie godzinę, półtorej. Na liczniku mieliśmy 100km od domu. Mogliśmy też szukać miejsca na rozbicie namiotu (na dziko, bo w rzeczonej wiosce kempingu nie ma) ale stwierdziliśmy, że i tu cytat "napierdalamy dalej". Na mapie wyglądało, że w miarę niedaleko od nas są Kozienice. Były tam zaznaczone hotele/pensjonaty/kempingi/ etc. Dzięki tej decyzji rozpoczął się najtrudniejszy odcinek w naszej wyprawie. Nadszedł czas na oddzielenie chłopców od mężczyzn a ziaren od plew (Agnieszka po prostu jest twarda, nie trzeba było jej od niczego oddzielać). Zatem, musieliśmy zmierzyć się z drogą numer 79, na odcinku 12 kilometrów, w zapadającym zmroku, w momencie gdy większość ludzi udawała się na przedłużony weekend. Mała dygresja - mieliśmy jedynie dwie kamizelki odblaskowe, jako, że Damian stwierdził, iż 18 złotych za kamizelkę to ździerstwo. No i oczywiście był w 100 % pewien, że nie będziemy jeździć po nocy. Było jednak dokładnie odwrotnie.

Zatem ustawiliśmy Damiana w środku szyku i ruszyliśmy w kierunku Kozienic, mijani w odległości do 15cm przez pędzące samochody. To nie była walka ze sobą, swoimi słabościami... to była walka o przetrwanie. W pewnym momencie było tak ciemno, że zdecydowałem się na oddanie swojej kamizelki Damianowi, natomiast sam wyciągnąłem odblaskowe pokrycie mojego plecaka, dzięki któremu byłem widoczny tak jak w kamizelce... brawo firma HI MOUNTAIN !

Nie będę się dalej rozwodził nad gównianą, dla rowerów, drogą numer 79. Efektem jazdy było to, że dojechaliśmy do Kozienic, gdzie bez problemu znaleźliśmy nocleg w pilśniowym domku, w super cenie 50 PLN za pokój. Po drodze, zapytaliśmy jednego z mieszkańca Kozienic gdzie można znaleźć spanie. W efekcie powiedział nam właśnie o "pilśniowych domkach" oraz po krótkiej rozmowie wytłumaczył jak najsensowniej dojechać do Kazimierza, rowerem :D. Mieliśmy szczęście, że pierwszy człowiek, którego zagadnęliśmy w Kozienicach też lubi sobie pojeździć rowerem.

Rankiem wyglądaliśmy jak na zdjęciu poniżej. Jednak wieczorem byliśmy nieziemsko zmęczeni... pozwoliło mi to dojść do wniosku, że w przypadku zmęczenia, ciepła woda jest magiczna. Nieważne jak słabo wygląda łazienka, nieważne że prysznic się rozpada, ważne że woda jest ciepła i to wystarcza. Po prostu magia.


Co by nie być gołosłownym, zrobiliśmy kilka zdjęć naszych słynnych, rozpadających się sakw oraz pilśniowego domku.



Warto tutaj zauważyć, że za 50 PLN mieliśmy udostępnioną jedynie połowę rzeczonego pałacyku... rowery zmieściły się na tzw. słowo honoru. Mieliśmy do dyspozycji dwa łóżka i ... Damian, wybrał szersze. Gdy zreflektowałem się, że to na czym Damian leży jest dwuosobową wersalką, podczas gdy mnie i Agnieszce przypadła jedynie studencka jedynka, podzieliłem z nim moim odkryciem. Po krótkich pomiarach szerokości, za pomocą karimaty (karimata jako miarka, myślę, że jesteśmy jedynymi na świecie osobnikami wykorzystującymi ten przedmiot do takich celów), dostaliśmy większe łóżko. Damian, dzięki !


Na koniec, poprosiliśmy jednego z letników, by uwiecznił nas na zdjęciu... i ruszyliśmy w drogę. W kierunku (jak polecił nam poprzedniego dnia, przygodnie spotkany rowerzysta) w kierunku Czarnolasu (tak, tego Czarnolasu). Bez większych historii udało się nam w miarę sprawnie tam dojechać.



Zwiedziliśmy mało ciekawe muzeum poświęcone twórczości poety (w soboty wejście darmowe, chyba w soboty). Najciekawszym eksponatem było krzesło, na którym poeta pisał swoje wiersze. Generalnie nic ciekawego (moim zdaniem przynajmniej), ale może to być pochodną faktu, że zwidziałem muzeum bez okularów - więc nie mogłem się zbytnio wczytać w prezentowane manuskrypty.

Z drugiej strony sam park i wygląd dworku wynagradza nudy wywołane zwiedzaniem kiczowatego muzeum. Szczególnie słaba jest kaplica (?), znajdująca się za dworkiem - figury Kochanowskiego, Króla, Biskupów powalają brzydotą.

Acha, no i byłbym zapomniał, przez drogę z Kozienic do Czarnolasu próbowaliśmy sobie przypomnieć treść trenu, jak się później okazało VIII. Niecnie sprawdziliśmy panią z muzeum, która (niestety) była obryta na pamięć, zatem przytaczam treść trenu, o który nam chodziło:


Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,

Moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim!

Pełno nas, a jakoby nikogo nie było:

Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło.



Następna atrakcja była doprawdy szokująca. Co prawda byliśmy na nią przygotowani, gdyż miły kozienicki rowerzysta nas o niej uprzedził. Powiedział, że warto się tam zatrzymać. Mówię tutaj o wojennym cmentarzu niemieckim, koło Puław. Cmentarze wojenne są normalną praktyką... w kraju przez, który dwukrotnie przetoczyły się front. Jednak prawie dwadzieścia tysięcy Niemców, leżących na polskiej ziemi robi wrażenie.


Sam cmentarz ma typowo niemiecki sznyt. Jest bardzo czysty i zadbany, więc sądzę, że Niemcy łożą na niego dość ciężkie pieniądze.


Szokujący jest też kształt ścieżki, który widać na powyższym zdjęciu - jest to znak zapytania. Ciekawe. Bardzo ciekawe - czyżby Niemcy zastanawiali się nad bezsensem śmierci ich żołnierzy w drugiej wojnie światowej. Parafrazując Roberta Górskiego, jak ktoś się pcha na ring to dostaje w ryj i znak zapytania wydaje mi się tutaj bardzo nie na miejscu.


Odchodząc od polityki i wracając do ludzi, szokujące są tablice z setkami nazwisk ludzi, którzy oddali życie i nie wrócili do domu - leżą na obcej ziemi... Smutne, naprawdę smutne.



Zostawiliśmy za sobą cmentarz i wzięliśmy na cel Kazimierz. Było blisko, a my zaczynaliśmy się cieszyć, że w takiej pięknej aurze dotrzemy do celu. Po drodze był jeszcze Janowiec - zachował się w naszej pamięci na tyle, że odbyliśmy z Damianem morderczy sprint na górkę. Na ostatnich metrach wygrał Damian. Zamku nie zwiedzaliśmy, bo tłum, bo my na rowerach i nie było ich gdzie zostawić. Zatem zostało nam jedno - Kazimierz.



Była to chyba najsmutniejsza niespodzianka. Kazimierz nad Wisłą okazał się zatłoczony bardziej niż centrum Pekinu w momencie sprzedaży ryżu. Masa, masa przelewających się ludzi przez rynek. Turyści (karki, dresy i inni) ubrani w paradne stroje, pachnący, szukający szaszłyków i piwa. A w samym środku my - spoceni, z sakwami. Wyróżnialiśmy się dość mocno. Samo miasto było tak zatłoczone, że znalezienie noclegu było praktycznie niemożliwe. Mało tego - kobieta z Informacji Turystycznej była tak zmanierowana, że nie chciała pomóc w znalezieniu noclegu. Powiedziała po prostu, że się nie da... a my możemy sobie szukać. Wniosek był prosty - Kazimierz nie był dla nas. Jedynym plusem była restauracja U Fryzjera, która została nam polecona. W trakcie pysznego obiadu (był nawet kawior :), Aga znalazła nam nocleg pod Nałęczowem, w Łąkach.


Miasto, tłumy, rynek - czyli cały Kazimierz zostawiliśmy za sobą bez żalu i udaliśmy się w kierunku Łąk.



Po drodze dostaliśmy po dupie od najdłuższego podjazdu na naszej trasie. Zostało to nam wynagrodzone przez najszybszy zjazd - pędziliśmy w dół z szybkością 55 km/h. Było warto.



Jak widać na zdjęciu - Agnieszka też walczyła dzielnie. Spanie (załatwione przez telefon, bez fochów jak w Kazimierzu) mieliśmy w stadninie koni będącej zarazem gospodarstwem agroturystycznym. Wieczorem obejrzeliśmy konkurs mistrzostw świata w pchnięciu kulą i poszliśmy spać. Tzn. ja i Agnieszka poszliśmy spać - Damian był tego wieczoru nad wyraz pobudzony. Chciał zamawiać pizzę (do Łąk) - najbliższa pizzeria była w Wąwolnicy - jednak nie wymyślono w niej funkcji dowozu na telefon... więc musiał obejść się smakiem. Później do później nocy rozwiązywał Jolki, ze średnim oczywiście skutkiem.


Udało się nam tę noc jakoś przeżyć. Rześcy i pełni werwy ruszyliśmy do nowego celu naszej wyprawy - do Lublina. Na pociąg. Jednak nie ujechaliśmy 3 kilometrów i byliśmy w Nałęczowie. Jakże różne to miasto od Kazimierza pomyślałem, jadąc rowerem przez park zdrojowy. I rzeczywiście - turystów jakby mniej, ich ubrania mniej wulgarne, a paznokcie u turystek nie ociekają żelem :-). Mając porównanie do Kazimierza, Nałęczów wydał się nam niemalże idyllicznym miejscem na wypicie porannej kawy. Tak też zrobiliśmy... i napotkał nas jedyny (dość śmieszny) zgrzyt. A raczej zgrzycik.


Po zapłaceniu za kawę, otrzymałem resztę, z której chciałem odliczyć napiwek. Moje zdziwienie osiągnęło stratosferyczne poziomy, w momencie gdy zobaczyłem, że stałem się szczęśliwym posiadaczem talara nałęczowskiego o nominale 4. Krótka, acz treściwa, rozmowa z kelnerką wyjaśniła mi, iż szanowna pani myślała, że wydam sobie gdzieś te talary. Zupełnie nie trafił do niej fakt, że zaparkowaliśmy w jej ogródku trzy rowery z sakwami a obok nas leżały nasze kaski... po prostu NIE MOGŁA SIĘ domyśleć, że jesteśmy przejazdem i być może nie przydadzą się nam talary nałęczowskie. Tak tak... nałęczowskie oznacza, że nie moglibyśmy nimi zapłacić za pizzę w np. w Wąwolnicy... I tu chciałem podkreślić, że nie przejąłem się faktem potencjalnej straty czterech złotych a bez/lekko-myślnością Pani Kelnerki.



O ostatniej części wyprawy nie ma co pisać, poza tym że była żmudna. Wjechanie do centrum Lublina zajęło nam dobrą godzinę (od osiedla na obrzeżach miasta), i było chyba najmniej ciekawą częścią jazdy.


Następnie jeszcze czekało nas obowiązkowe jedzenie na rynku - (a co!) można przecież zostać turystą na chwilę. Dość ciekawy natomiast był fakt, że jedna z restauracji, w której chcieliśmy usiąść miała zamkniętą kuchnię... w niedzielę, w porze obiadu. Wow.




Z pełnymi brzuchami, trochę rozleniwieni wybraliśmy się z rowerami na spacer po zatłoczonym centrum. Samo centrum super, jednak chodzenie po nim wraz z miliardem mieszkańców Lublina było drogą przez mękę. Czułem się tak jak Jeremy Clarkson, czuł się jadąc Polonzeem. Poza tym, zrobiliśmy jednak kilka zdjęć.


mamy zatem nas...

Damiana z rowerem (taka nowsza wersja Damy z Łasiczką)



zniszczoną kamienicę w centrum...



oraz Panią przed restauracją Magia (czy nie wygląda trochę jak czarownica :D)?

Poniższe zdjęcie natomiast można nazwać poetyckim.



jeszcze tylko kilka fotek Lubelskich podwórek w centrum (sic!!!!)



i koniec tego zwiedzania.


Czas było się zbierać, zatem udaliśmy się na dworzec, gdzie śmiechu było co niemiara, bo okazało się, że ... nie ma prywatnego pociągu dedykowanego jedynie dla nas (na co w skrytości ducha liczyliśmy) i musieliśmy jechać z wszystkimi w korytarzu.


ale i tak było warto, a wszystko co przeżyliśmy procentowało na wyprawie z Krakowa do Wiednia, o której napiszę niebawem.

P.S. Wszystkie zdjęcia tutaj.

niedziela, 2 sierpnia 2009

Binduga

Nie udało się. Nie pojechaliśmy na Ukrainę. Jak do tego doszło? Proste. Marcin K. który miał zastępować mnie i Damiana, dwa dni przed wyjazdem (na pożegnalnej piłce, gdzie sromotnie zostały złojone nasze dupy, w stosunku 3:9), zerwał ścięgno Achillesa. Zerwał, nie naderwał, nie obił, nie naciągnął. Totalnie zerwał - wiem, bo widziałem jego USG (w sensie ścięgna).
Po perypetiach związanych z umieszczaniem go w szpitalu, oraz odwołaniu wyjazdu na Ukrainę, udaliśmy się na bindugę, w okolicach jeziora Mikaszewo.
Dwie sprawy. Po pierwsze, chciałem podziękować Wszystkim Życzliwym :-). Po tym jak okazało się, że nie jedziemy za wschodnią granicę, WSZYSCY (literalnie wszyscy), którymi rozmawiałem mówili... może to i lepiej... Bóg tak chciał... itd. itp. Sic ! Nie będę tego komentował, ale przyznam się, że na Ukrainę pojadę, bo ten balon trzeba przebić.

Po drugie, na bindugę planowaliśmy udać się PO wyprawie... mieliśmy tam odpoczywać. Skoro odpadł wyjazd, pozostało wypoczywanie. Zatem, bez chwili zwłoki (śpiąc nienerwowo do godziny 12) udaliśmy się w augustowskie rejony, nucąc po drodze niezapomniany hit.



Po dotarciu na miejsce, powitały nas komary. W ilości niewyobrażalnej. Teraz, z perspektywy miasta, wydaje mi się to już nie tak straszne i męczące. Jednak, przyznam się, że drugiego dnia chciałem po prostu wracać. Tyle było tych małych, wrednych, upartych stworzonek. I nie pomagał Off, Autan, Bros, Off dla Rodziny, spirale, ognisko. Nic. Było ich tak dużo, że siadały na tobie po prostu, jako wynik rachunku prawdopodobieństwa - musiały gdzieś wylądować. Jedynym skutecznym rozwiązaniem było siedzenie w długich spodniach i bluzie z kapturem (pozdro dla hip-hopowej braci). I jakoś dawało radę. Po drugie stworzonka atakowały falami, jakby gdzieś tam siedział komarzy Mao lub Hitler i wysyłał swoje ciężkozbrojne skrzydlate zastępy w celu wypicia krwi (dosłownie) wrogów. Udało mi się nawet wysnuć empiryczny wniosek - komary słabo widzą i nie atakują w nocy. A u nas było Ciemno (nie było prądu), jedyne co nas ogrzewało to ognisko.


HMMM. I jak tu przeżyć. I jak tu odpocząć ? Na szczęście (pod osłoną bluzy z kapturem, siedząc w oparach odstraszaczy na komary) rozpocząłem książkę W. Cejrowskiego, Rio Anaconda. Dzieło najwyższej klasy. Wyczytałem tam świętą zasadę krów - ogon jest tylko jeden. Znaczy to mniej więcej tyle, że wszystkich problemów (komarów) nie da się rozwiązać. Wierzcie mi, próbowałem. Mordowałem je hurtowo. Ale mi z tego, żaden endlosung dla kwestii komarów nie wyszedł. A kolejne problemy były na horyzoncie.

Problem drugi: WC. Hmmmm do kwadratu. Nie jestem brzydliwy i do lasu pójść mogę, z saperką. Ale ale, spróbujcie pójść do lasu, gdzie czekają na was miliony (i to nie jest przesada) małych stworzonek, które chcą wypić waszą krew.... bleeee. Zatem do lasu nie było co chodzić, aż tak odważny nie byłem. Na (nie?)szczęście na polu była kucana sławojka... i ona ratowała nas w "biedzie". Natomiast, wyjazd zmienił się w Tour De WC. Uwierzcie mi, znam większość toalet (wraz z cenami) w odległości 10 km od Mikaszewa :-).

A teraz przyjemne rzeczy. Po raz pierwszy (i już wiem, że nieostatni) pływałem kajakiem. Było przecudnie. Oczywiście na początku były małe problemy w stylu - pływamy w kółko, kajak przeciekał i zaczął tonąć ... ale daliśmy sobie radę. Po pierwsze wymieniliśmy kajak. Po drugie zaczęliśmy współpracę przy wiosłowaniu. I dało radę ! Nawet, pod koniec dnia, ścigaliśmy się z bandą młodzieży ... i wygraliśmy. Okupując to strasznym bólem (tego samego dnia - ja, lub następnego - Agnieszka) mięśni.

Życie z łódki wygląda tak. Coś czuję, że na kajakach się nie skończy...


Przefantastycznie. No i ta możliwość kierowania całym statkiem :-) he he.

Poza tym, dalej było już standardowo. 3 x rowery. W tym raz 70km (jak widać nie wysilaliśmy się ale to przecież odpoczynek był). Znaleźliśmy natomiast pole tytoniu...

A w drodze powrotnej kapliczkę.

Reasumując. Krótko, bo jeżeli ktoś woli dłużej to proszę o maila, wrócimy tam. Zjedziemy suwalszczyznę na rowerach (byliśmy w przerośli, czarnej hańczy i stańczykach - kilka lat temu). Teraz zaliczyliśmy część wigierskiego parku narodowego, Muły, kilka śluz... ale wiele przed nami. A numer R11, który odkryliśmy w trakcie jazdy, znajdzie się jeszcze nieraz na tym blogu.

P.S. Więcej zdjęć tutaj.

wtorek, 30 czerwca 2009

Te lata, kiedy każda dupa chciała wyglądać jak Cher A typy nakładały nawet na jądra żel

a... gry wymagały więcej wyobraźni. Nie było grafiki 3d, wiiiiiilota, Kratosa i jego megabrutalnych akcji z patroszeniem bogu ducha winnych minotaurów jak krewetki w przydrożnym chińczyku. Starzeję się. Dlaczego ? Bo mówię "Panie, drzewiej to było dobrze ....". Uważam, że kiedyś było fajniej czego przykładem jest proszę Państwa ADOM. Rozwijając skrót mamy Ancient Domains of Mystery. Wygląda to, to tak:


A więc tekstówka, dziejąca się w świecie epic fantasy. Co jak mniemam widać na załączonym obrazku - dla wszystkich niezaznajomionych, nasz bohater (literka @) znajduje się w wiosce krasnoludzkiej wykutej w skale.... (krasnoludy to "h").


Jak widać wyobraźnia jest nieodzowna. Jednak gdy już się wkręcimy to możliwości są niemal nieograniczone. Można rozwijać postać, czarować, uczyć się, trzeba jeść (sic!), można wspinać się w górach, można mieć psa, można zabić dowolną postać (ale wtedy lepiej unikać całej wioski ;), można kopać przedmioty i ciała (to już dla bardziej frekowatych), można zjeść ciało każdego wroga... i tak dalej i tym podobne. Jedyne czego nie można to saveo'ać ... śmierć jest definitywna. Oczywiście można skopiować plik postaci i go dograć po śmierci... Decyzja należy do Ciebie. Ja szczerze powiem, że jestem save-scumem :-)

Acha. Gra jest darmowa i do pobrania stąd.

wtorek, 2 czerwca 2009

Jak feniks z popiołów

Jak feniks popiołów, ten blog powstanie ku żywym, Kilka notek czeka na publikację, z wyjazdu rowerowego, flame-war z Mirkiem Połyniakiem itd. A na razie super szybka, prezentacja niefartownego wyświetlenia się bannera... na onecie. Zwracam uwagę na korelację, pomiędzy jedynką w wiadomościach a głównym motywem na bannerze.

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Lód. Mission Accomplished.

Odgrażałem się. Zaklinałem, że przeczytam i z dumą chciałem ogłosić, że udało mi się. Przeczytałem Lód. Zanim wgłębimy się w meandry fabuły, warto przypomnieć sobie historię (na razie przez małe H) powstania Lodu. Jacek Dukaj planował napisanie krótkiego opowiadania. Powtarzam, krótkiego opowiadania... ale, zmieniał... przeprawiał i wyszło mu 1700 (sic!) znormalizowanych stron maszynopisu. Po wydrukowaniu, w twardej oprawie, mamy do przeczytania prawie 1100 stron. Niezłe wyzwanie, szczególnie dla czytaczy tramwajowych.


Przejdźmy jednak do rozważań, czy warto ? Czytając opinie w głównych sklepach, wychodzi raczej, że nie. Moje pierwsze wrażenie odnośnie tego dzieła było podobne. Czytałem Lód (z przerwami na ok. 10-12 książek) około pół roku. Pierwsze 183 strony... czytałem 4 miesiące. Następnie powiedziałem sobie, że albo teraz albo nigdy i męczyłem Lód. Dla niecierpliwych powiem tak... było warto.

Co prawda pierwsze 400 stron (podróż głównego bohatera pociągiem oraz Warszawa) dłużą się niemiłosiernie, to klimat lodowego Irkucka odpłaca czekanie z nawiązką. Nie będę streszczał fabuły (za długa i pogmatwana) jednak mogę zdradzić, że dzieje się ona głównie w dwóch miejscach. Po pierwsze bohater dojeżdża na miejsce akcji (400 stron). Następnie jest w miejscu akcji (reszta). Pierwsza część dłuży się Dukajowi, z jednego względu - musi zbudować świat. Frakcje, postacie, wrogów, przyjaciół. INTRYGĘ. Następnie, już w zimnym Irkucku autor skrzętnie korzysta z wszystkich wprowadzonych postaci. Niby proste. Niby dzieje się tak zawsze, że strzelba powieszona na ścianie w pierwszym akcie, w trzecim musi wystrzelić. Jednak biorąc pod uwagę rozmach dzieła Dukaja, można powiedzieć, że wystawia czytelników na nielichą próbę.

Zatem wracając z przydługiej dygresji, Lód jest wart przeczytania - po pierwsze dla oniryczno-lodowej atmosfery syberyjskiego miasta. Po drugie dla postaci (Tesla! Pocięgło ! Jelena ! Filipov ! sam Benedykt oraz mój idol Ziejcow), które jak zwykle są poniewierane przez autora. Rewelacyjne są również postacie drugoplanowe - głownie czynownicy, którzy kojarzą mi się z polskim ZUS/US :-)

Dla początkującyh dukajowców - nie jest to książka dla was. Zacznijcie od Innych Pieśni / Czarnych Oceanów / Xavrasa Wyżryna. Jeżeli nie czytaliście nic Dukaja, to będzie wam ciężko. Mogą nie pomóc nawet salonowe stwierdzenia, że Lód trzeba przeczytać :-). Dla zaawansowanych dukajowców - i tak pewnie przeczytaliście - jeżeli nie to mistrz po raz pierwszy może wystawić was na próbę. Jednak na koniec odzyskuję formę i już sobię ostrzę zęby na Córkę Łupieżcy (ostrzenie zębów polega na przeczytaniu Żambocha, Piekary, Pillipuka oraz Clarksona)

wtorek, 31 marca 2009

Is:unread

Długa przerwa. Ufffff. Tęskniliście ? No pewnie, że tak... Sądzę, że jeszcze dwa czy trzy dni bez posta i otrzymałbym masę maili (dwa albo trzy), o treści wyrażającej zaniepokojenie... co się ze mną dzieje ?!. Przecież tłumy czekają. Zatem jestem.



Co było przyczyną tak długiej nieobecności? Czyżbym zwątpił w sens pisania tego bloga ? Oczywiście, że nie... napotkałem na swojej drodze dwie rzeczy: pracę + przeprowadzkę. No i wreszcie przeczytałem Lód !!! (sic ! jes! rządzę!). Recenzja niedługo.

Na pierwszą notkę po przerwie, szybka informacja. Dla użytkowników Gmaila (od razu przyznaję, że wygooglowana... ale nie pomnę po jakim query). Używając webmaila (który czasem pada) zacząłem napotykać problem nieprzeczytanej poczty. Szukałem możliwości wyfiltrowania ... i oznaczeniu "spamowych" maili jako przeczytanych.

I jest taka możliwość: wpisujemy w wyszukiwarkę gmailową "is:undread". Voila. Z resztą sobie musicie poradzić sami.